Forum Forum o książkach nie tylko dla nastolatek Strona Główna
Home - FAQ - Szukaj - Użytkownicy - Grupy - Galerie - Rejestracja - Profil - Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości - Zaloguj
Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Dziewczyna, którą kochały pioruny - Jennifer Bosworth
Idź do strony Poprzedni  1, 2
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum o książkach nie tylko dla nastolatek Strona Główna -> Antyutopie, dystopie / Dziewczyna, którą kochały pioruny
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Carvel
Poczytująca



Dołączył: 23 Sty 2013
Posty: 84
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Pon 8:07, 15 Lip 2013    Temat postu:

[link widoczny dla zalogowanych]

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam klimaty antyutopijne oraz postapokaliptyczne. Budowanie od podstaw nowego systemu, walka o przetrwanie na zgliszczach starego świata i zbuntowani, silni bohaterowie. Powieści z tego gatunku, bądź też lekko zahaczające o tę tematykę, jeśli są dobrze napisane, od razu trafiają do kanonu moich ukochanych lektur. Gdy usłyszałam o Dziewczynie, którą kochały pioruny, wiedziałam, że muszę się z nią zapoznać - nie zważając nawet na negatywne opinie. Moje pragnienie wzmocnił chyba najlepszy trailer książki, jaki w życiu widziałam. Wkrótce udało mi się zakupić tę powieść i mogłam się zanurzyć w świecie zniszczonym przez kataklizm. Czy zostałam "porażona", czy też "zrażona"? O tym dowiecie się za chwilę.


Mia Price to z pewnością ciekawa bohaterka, szczególnie jeśli chodzi o jej moce. Nie wiem, jak Wy, ale ja wcześniej nie spotkałam się z "uzależnieniem od piorunów" w literaturze, muszę jednak przyznać, że wypadło to bardzo dobrze. Główna protagonistka jest dziewczyną silną, niezależną, choć czasem nieco bezmyślną i irytującą. Mimo to, da się ją polubić.Warto wziąć pod uwagę fakt, iż w tak młodym wieku musiała zająć się rodziną - a przede wszystkim swoją chorą matką.


Historia Sary Price była ściśle powiązana z tym, co w tej książce okazało się najlepsze, czyli wątkiem religijnym. Jestem osobą wierzącą, jednak z dystansem podchodzę do tematu Boga i wiary w literaturze - mam swoje poglądy i twardo się ich trzymam. Dlatego specjalnie nie przeszkadzało mi (może jedynie momentami nieco przeraziło) poruszenie tutaj wątku dwóch rywalizujących ze sobą sekt. Wręcz przeciwnie, niezwykłe zdolności i tajemnice Tropicieli, oraz fałszywa biel i niewinność Wyznawców okazały się najmocniejszymi stronami powieści Jennifer Bosworth. Szczerze żałuję, że nie dowiedzieliśmy się o nich więcej, szczególnie o pierwszej wspomnianej przeze mnie frakcji.


Wspomnę jeszcze o dwóch ważnych postaciach -
"tajemniczym Jeremym" oraz Proroku. Ten pierwszy owszem, skrywał pewną tajemnicę, ale poza tym nie wydawał mi się zbyt pociągający. Za to Mii tak, przez co ich związek opierał się głównie na wiadomych czynnościach. Prorok zaś, to zupełnie inna bajka. Typowy "czarny charakter", przywódca Wyznawców. Bardzo ciekawie było zagłębić się w jego pokręcony, chory umysł, i nie ukrywam, że stał się moim ulubionym bohaterem. Z pewnością zapoznam się z poświęconą mu nowelką "Prophet".


Świeżo po przeczytaniu książki, wystawiłam jej siódemkę. Po dogłębnej analizie na potrzeby tej recenzji, stwierdzam, że pozostaję przy tej ocenie. Nawet jeśli wątek miłosny, szczególnie sympatia bohaterki - plusem jest to, że nie ma trójkąta - mógły być lepiej wykreowany, sama historia idealnie nadrabia wszelkie niedociągnięcia. Opisana we właściwy sposób, momentami nawet z humorem, dostarcza wielu przeżyć. Może niekoniecznie zostałam "porażona"... ale na pewno coś zaiskrzyło Smile


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Cassin'89
Zaczytana



Dołączył: 25 Lip 2010
Posty: 3204
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Zachód ;D

PostWysłany: Pon 19:17, 19 Sie 2013    Temat postu:

Co te studia robią z ludźmi XD Przeczytałam już jakiś czas temu i tak z perspektywy tego czasu dobrze powieść wspominam - może nie rewelacyjnie, ale dobrze.

Od razu wspomnę, że do piorunów i takich zjawisk atmosferycznych mam słabość.
Do tej powieści czułam takie przyciąganie jak główna jej bohaterka łaknąca kolejnego już uderzenia pioruna, pomimo przykrych tego konsekwencji. Po części znalazłam w tej książce to, czego szukałam. Są opisy, gdy elektryczność - drzemiąca w bohaterce - przyzywa burzę. Jednocześnie pojawia się pytanie: gdzie jest ta niespodziewana nawałnica, kiedy czuć ją już w sercu, ale wciąż nie widać na krystalicznie czystym horyzoncie ?

"Dziewczyna, którą kochały pioruny" to Mia Price.
Jej relacja zdarzeń na pierwszych stronach tej powieści to pamiętnik po trzęsieniu "świata", czyli obraz tego, co pozostało ze słonecznej Kalifornii. Jeszcze jednak wcześnie zawarte zostało ostrzeżenie przed spotkaniem z piorunem i o tym, ile niespodziewanych scenariuszy może się wydarzyć, gdy ktoś otrzymuje figurę Lichtenberga.

"Puściłam wodę, aż zrobiła się lodowata, i ochlapałam nią twarz. Postacie z filmów zawsze tak robią, kiedy czują się przytłoczone sytuacją. Chlapią trochę wody na twarz, zgadza się ? Ale kobiety z filmów jakimś cudem nie psują sobie przy tym makijażu. Musi być w tym jakiś haczyk, bo ja skończyłam z oczami starej ćpunki."

Powieść podzielona jest, poza rozdziałami, na wewnętrzne części, a każda z nich rozpoczęta cytatem i odliczaniem pozostałych dni do kolejnej burzy (dla mnie odliczanie to już zawsze będzie GONE).

"To była moja burza i chciałam ją przeżyć."
Mia wraca, po ogromny trzęsieniu ziemi w Los Angeles, do normalności, tylko że wiele w zwykłym cyklu dnia nadal odbiega od normy. Do liceum nie wracają już Ci sami uczniowie, ale (w większości przypadków) już przedstawiciele dwóch zwaśnionych organizacji: Wyznawców odzianych w biel i Tropicieli w czerni i czerwieni. Różni ich wizja końca, który zbliża się wielkimi krokami. Szkolne korytarze, podobnie jak ulice L.A. w przeddzień apokalipsy, stają się polem walki o kolejne młode osoby, bo burza ta nie przemieniła tylko metropolii L.A. w krajobraz z nowymi uskokami ziemi i wzniesieniami gruzu, zmieniła też ludzi.
Iskra czy też Światło - jakaś energia drzemie wewnątrz ziemi i ciała - a najpotężniejszą wśród nich wszystkich ma nasza Mia (bo miała ją i wcześniej).

"Ukradłam swoją przyszłość"
Powieść, choć opowiada o czasach sprzed apokalipsy, przybiera lekki styl. To pierwszy, duży plus, już na samym wstępnie, jaki otrzymała ode mnie ta opowieść za rozbrajającą narrację, nawet w tych najczarniejszych momentach swojej fabuły. Minus to niewątpliwie emocjonalnie oziębły Jeremy, tajemniczy rówieśnik Mii, nieopowiadający się za żadną ze stron konfliktu, dbający jedynie o bezpieczeństwo bohaterki.

Dar bohaterki to przyjmowanie kolejnych uderzeń pioruna. W innych bohaterach uderzenie pobudziło Iskrę jako samą możliwość jej wyczuwania lub też dodatkowe zdolności, jak wizje przyszłość czy skuteczne mieszanie w umysłach innych. Jest też zbiorowa świadomość ludzi zgromadzonych w ścisłym gronie Wyznawców czy Tropicieli. To nowość, plejada zdolności nadnaturalnych już mniej, ale nie ma ich na szczęście zbyt wiele.

"Kim się staniemy teraz, kiedy świat, jaki znałyśmy przestał istnieć?"
Coś niezaprzeczalnie jest też w obrazie młodych ludzi tańczący na szycie świata - jedynej ocalałej wieży wśród gruzowiska - na moment tylko przed kolejną katastrofą. Sporo różnych wątków znalazło swoje miejsce w tej książce: fałszywy prorok i zgromadzeni wkoło niego Apostołowie, próby scalenia rozpadającej się rodziny [i świata], dotarcie do matki otumanionej lekami i zdobywanie tychże nielegalnych leków na jeszcze bardziej nielegalnym czarnym rynku, a także kwestie natury politycznej. Były to zarzuty co do teraźniejszości, która przyczyniła się do tak złej organizacji po katastrofie - fakt, że USA jako superpotęga często zapomina o problemach wewnętrznych swojego narodu, ingerując mocno w utrzymacie pokoju w innych miejscach na świecie (słusznie czy też nie).

Dobrze się czytało powieści Jennifer Bosworth. Historia potrafi zaskoczyć, choć wiele można też przewidzieć. Znajdziemy odwołanie do Współczesnego Prometeusza i tego, co począć z darem boskiej iskry posłanej z nieba.
Ciągle przewijająca się wizja końca odwoływała się do jednej z kart tarota - samotnej wieży, z której spadają ludzie po uderzeniu pioruna i scenerię do podobnej sceny odnaleźć można w L.A. Może i Mia nieustannie wybiera tą samą kartę z talii, ale sama już wybiera swoje przeznaczenie.

Dobra historia i świetna narracja, ale czegoś mi zabrakło.
Zapowiedziane wątki rozwiązano w jednym tomie. W planach jest kontynuacja i chętnie poznam dalsze losy L.A. w narracji Mii, ale równie dobrze może to pozostać powieść w jednym tylko tomie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Nerezza
Ciekawski umysł



Dołączył: 19 Lip 2011
Posty: 1341
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Niemcy

PostWysłany: Wto 18:43, 24 Gru 2013    Temat postu:

Los Angeles to miasto, w którym rzadko pada. Wszyscy w to wierzą, ponieważ w końcu o tym mówi ta sławna piosenka: "Nigdy nie pada w Kalifornii, ale dziewczyno, nie ostrzegli cię? Jak już leje, to leje", więc musi to być prawda. Uciekająca przed przeszłością Mia, zamieszkuje tam wraz z rodziną i wreszcie zaczyna się czuć w miarę bezpiecznie. Potem jednak nadeszło trzęsienie ziemi.

Książka mnie fascynowała. Zasiadałam do lektury z niemałym optymizmem, który szybciutko zaczął mnie opuszczać już po pierwszym rozdziale, a mój zapał do czytania malał z każdą stroną, co przeniosło się potem na żółwie tempo lektury. Ostatecznie skończyło się na błagalnym wpatrywaniu się w numer kartek i odliczaniu ile zostało ich do końca oraz motywującym myśleniu o przyszłych, dobrych lekturach. Powstrzymywałam się siłą woli, żeby nie przeskakiwać całych akapitów. Z ulgą przeczytałam ostatnie zdanie, zamknęłam książkę i wrzuciłam ją do szafy(tam gdzie trafiają moje książki nielubiane). Jesteście ciekawi, co tak bardzo mi się nie spodobało?

Zacznijmy od głównej bohaterki. Widzę już wyobraźnią małe zrozumienie na Waszych twarzach, bo dobrze wiecie, jakie potrafią być heroiny w powieściach młodzieżowych. Powinnam uściślić, jak straszne potrafią być i wywoływać w czytelniku chęć popełnienia na nich mordu. Nasza postać ma na imię Mia i jest biednym dzieckiem skrzywdzonym przez los. Jednak to nie z tego powodu jest zdrowo kopnięta. Przyciąga ona błyskawice i w sumie podoba jej się to uczucie, gdy miliony woltów zostają wchłonięte przez jej ciało, choć z tego powodu ma blizny na całym ciele i nosi grube swetry, długie spodnie i rękawiczki. W Kalifornii. Jak się przyjrzycie okładce, to zauważycie takie małe czerwone paseczki na jej rękach. Ja nie tego zauważyłam za pierwszym razem, ale ostatecznie stwierdziłam, że należy się za to jeden punkt do oceny. Autorka odrobiła lekcje i wiedziała, co taka ilość czystej energii robi z ludzkim ciałem. Jednak nie znalazła wytłumaczenia, czemu Mia wciąż żyje. Czyli była to historia z cyklu: moja heroina ma fajną moc, ale nie potrafię jej jakoś w miarę logicznie wyjaśnić. Nie potrzebowałam na to fizycznych przykładów, czy skomplikowanego objaśnienia. Wydaje mi się, że autorka nie miała po prostu na to pomysłu; tak było i... to właściwie tyle.

Drugi punkt należy się za opis uczuć, których Mia doświadczała za każdym razem, gdy trzasnął ją piorun. Wspomnienia, wyczuwanie burzy(a dziewuszka wciąż sprawdzała prognozę, choć jej ciało czuło, kiedy zbliża się ulewa, logika). Było to niesamowicie fascynujące, ale też równocześnie bardzo niepokojące. Nie zrozumiecie dopóki nie przeczytacie. Powiem, że autorka potrafi pisać z pasją, a w tym szczególnym momencie wyszło to nawet na plus. W innych już nie.

Czytając "Dziewczynę, którą kochały pioruny" miałam ochotę bez przerwy śmiać się z niedorzeczności, ale ostatecznie skończyło się na nieustannym tzn. "face palm". Moje zażenowanie przy czytaniu dawno nie sięgnęło tak wysoko, a to nawet nie był erotyk, więc rozumiecie, że było bardzo, aż powtórzę bardzo, bardzo źle. Najlepszy przykład to miasto po zniszczeniu. Autorka celowała w antyutopijny świat, czego można się domyślić nawet bez tego porównania do "Igrzysk Śmierci" i "Niezgodnej" na okładce. Nietrafionego zresztą, jakby ktoś pytał. Chciała przestawić taki właśnie świat; praktycznie całkowicie zniszczone miasto, nie ostał się nawet jeden wieżowiec; ludzie ledwo wiążący koniec z końcem i mieszkający na plaży w skupisku namiotów. Cudem budynek heroiny zachował się cały, ale nie tylko; mają dwa auta i benzynę(Mia potrafi sobie siedzieć godzinkę z włączonym silnikiem i rozmyślać, ale najwidoczniej stacje benzynowe wciąż działają, czy coś tam); wraz z bratem chodzi normalnie do szkoły, gdzie wydzielane jest jedzenie. Uwaga ogłaszam krytyczny poziom zażenowania. Autorka chciała stworzyć zniszczony świat, ale bohaterka żyła ponad stan(jak na obecną sytuację), przecież nie mogło nic jej się stać. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, to rząd USA był akurat zajęty czymś innym, a nie całkowicie zniszczonym LA.

To jednak nie koniec! Mamy tutaj utopię religijną, bo to jeszcze nie dość atrakcji! Objawia się Prorok(z dużej, bo to nazwisko), który przepowiedział trzęsienie, a teraz przepowiada koniec świata. Za trzy dni. I ma dziennie trzy godzinne audycje w kablówce, co pewnie teraz jest za darmo, co ja tam w końcu wiem o milionowych cenach za 30-sekundowe reklamy. Zapomniałam. Mia ma oczywiście też TV i laptopa(choć internet często zamula). Nie wiedziałam ostatecznie, czy bardziej mnie śmieszy cała ta akcja z Prorokiem(miał nawet swoich apostołów), czy żenuje. Jednak zdecydowanie mi się to nie spodobało. Nie była to siła w stylu prezydenta Snowa, który był tak realny dla czytelnika, że aż strach. Nie, to było komiczne. W negatywnym sensie. Nie wspominając o tym, że byli tam też Tropiciele, ale to już inna, śmieszna organizacja.

Wisienka na torcie to romans. Kim może być ten tajemniczy chłopak? Dowiecie się tego w kilku pierwszych rozdziałach, ponieważ jest to równanie w stylu 1+1. "Dziewczyna, którą kochały pioruny" to jedna z najbardziej przewidywalnych książek, jakie w życiu czytałam. Choć autorka dla ułatwienia też postanowiła załączać "wizje przyszłości", które oczywiście spełniały się w najbardziej oczekiwany sposób. Zagadka, tajemnica, cokolwiek? Nie w tej książce moi drodzy, wszystkie "wskazówki" rażą po oczach. Pisałam o romansie, ma on wiele wspólnego właśnie z tą przewidywalnością, a poza tym nic ciekawego nie można o tym powiedzieć. Wszyscy wiedzą, jak to się skończy. Powiem, że chłopak był bezbarwny, jak woda, całkowicie nieekscytujący, ale za to miał fajne okulary w stylu Clarka Kenta. Co z resztą było wskazówką. UPS.

Żałuję, że w ogóle zainteresowałam się tą książką i chciałam się z nią zapoznać. Zignorowałam kiepskie oceny, które wystawiła tytułowi poprzednia właścicielka i nie mogłam się doczekać lektury. Dawno się tak nie zawiodłam. Pod koniec marzyłam tylko o tym, żeby książka wreszcie się skończyła, a ostatnie strony były czystą torturą czytelniczą. "Dziewczyna, którą kochały pioruny" to tytuł, którego zdecydowanie nie polecam. Nie mówiąc o tym zabawnym fakcie, że kolejna część(niestety!) będzie dopiero w 2016 roku.

Ogólna ocena: 2/10.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Don MoS
Mól książkowy



Dołączył: 23 Sty 2013
Posty: 210
Przeczytał: 9 tematów

Ostrzeżeń: 0/5

PostWysłany: Śro 20:30, 25 Gru 2013    Temat postu:

Z czym się mogę zgodzić to że autorka słabo wykreowała realizm świata w książce.
Ona ma wodę, światło + dom i samochód a 100m dalej jest obozowisko z brudnymi i zdesperowanymi ludźmi do granic możliwości.
Plus multum podobnych kwiatków, które po prostu trudno przełknąć.

Co wciąga to te jej umiejętności, czyli władanie/pochłanianie piorunów.
Bardzo boli że jednak troszkę nie porządziła tą swoją mocą, tylko właśnie zachowywała się jak skrzywdzone dziecko. No ale co zrobić.

Romans jak tam romans, dobrze że tyle a nie więcej go było.
Przewidywalność no bez przesady, aż tak źle nie było. Idzie się domyślić lub bardziej podejrzewać kto i co, ale póki książka nas w tym nie utwierdzi to są tylko nasze domysły.

A sam koniec jest zupełnie inny niż się spodziewamy.
Szkoda jednak jak już pisałem że tymi piorunami nie podsmażyła paru złych/natrętnych tyłków. W końcu władanie piorunami to ogromny twórczy potępiał i wydaje mi się że lekko zmarnowany. Na cuda nie liczyłem, ale choć trochę więcej tej rąbaniny piorunami by się przydało.
Mino wszytko książka nie jest zła, są dużo, dużo, dużo gorsze tytuły wg mnie.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Don MoS dnia Śro 20:32, 25 Gru 2013, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Forum o książkach nie tylko dla nastolatek Strona Główna -> Antyutopie, dystopie / Dziewczyna, którą kochały pioruny Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2
Strona 2 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB
Appalachia Theme © 2002 Droshi's Island